poniedziałek, 7 września 2026

Brașov, Rumunia

Brașov, Rumunia

Brașov, po polsku Braszów, jest jednym z tych miast Rumunii, w których historia właściwie wychodzi na ulicę. Kolorowe kamienice, średniowieczne mury, potężna Czarna Cerkiew, wąskie przejścia i górująca nad wszystkim Tâmpa tworzą niezwykłą scenerię. To także miasto, w którym przez stulecia spotykały się różne społeczności – przede wszystkim Sasi siedmiogrodzcy, Węgrzy i Rumuni. Dawny Brașov nosił zresztą kilka nazw: po niemiecku Kronstadt, po węgiersku Brassó, a w średniowiecznych dokumentach łacińskich pojawiało się Corona.

Brașov - historia miasta

Historia miasta sięga XIII wieku. W 1211 roku król Węgier Andrzej II sprowadził w okolice dzisiejszego Braszowa Krzyżaków, którzy mieli bronić południowo-wschodnich granic Królestwa Węgier. Ich obecność nie trwała jednak długo. Znacznie większe znaczenie dla rozwoju miasta mieli później niemieccy osadnicy, czyli Sasi siedmiogrodzcy. 


Dzięki przywilejom nadawanym przez władców Brașov szybko stał się bogatym ośrodkiem handlowym. Położenie było idealne – miasto znajdowało się na ważnych szlakach prowadzących przez Karpaty, łączących Siedmiogród z Wołoszczyzną i dalej z terenami pozostającymi pod wpływami osmańskimi.

To właśnie handel stworzył bogactwo średniowiecznego Braszowa. Kupcy przywozili tutaj towary z zachodniej Europy, a wywozili między innymi tkaniny, narzędzia i wyroby rzemieślnicze. Miasto miało bardzo silne cechy rzemieślnicze. Każdy z nich odpowiadał także za fragment miejskich fortyfikacji. Do dziś zachowały się między innymi Bastion Tkaczy i pozostałości innych bastionów oraz murów. Bastion Tkaczy powstawał w dwóch etapach – w XV i XVI wieku – i należał do najlepiej bronionych części miasta.



Centrum dawnego Braszowa stanowi Piața Sfatului, czyli Rynek Rady. To właśnie tutaj koncentrowało się życie handlowe i polityczne miasta. Pośrodku stoi charakterystyczny budynek dawnego ratusza z wieżą. 

Dzisiejszy plac otaczają kolorowe kamienice, dawne domy kupieckie i barokowe fasady. Warto zwrócić uwagę na różnorodność architektury – jest to efekt wielokrotnych przebudów, pożarów i zmieniających się stylów.

Czarny Kościół w Brașovie

Nad starówką dominuje Czarny Kościół, czyli Biserica Neagră – największa gotycka świątynia Rumunii. Budowano ją od 1385 do 1477 roku. Pierwotnie nosiła nazwę kościoła Mariackiego. Jej dzisiejsze określenie pochodzi od wielkiego pożaru z 1689 roku, który strawił znaczną część Braszowa. Ogień uszkodził również świątynię i pokrył jej zewnętrzne mury warstwą sadzy. Stąd właśnie nazwa „Czarny Kościół”.

Wnętrze Czarnego Kościoła kryje kilka niespodzianek. Znajduje się tutaj ogromny organ z 1839 roku, mający ponad 4000 piszczałek, a także jedna z najważniejszych w Europie kolekcji orientalnych dywanów. W kościele znajduje się 119 anatolijskich dywanów, które w XVII i XVIII wieku ofiarowywali świątyni miejscowi niemieccy kupcy. Były one nie tylko dekoracją. Ofiarodawcy dziękowali w ten sposób za szczęśliwy powrót z podróży handlowych na tereny położone na południe i wschód od Karpat.

Z Czarnym Kościołem związana jest też dość makabryczna legenda. Na jednym z zewnętrznych przypór można zobaczyć rzeźbę przedstawiającą dziecko wyglądające tak, jakby za chwilę miało spaść z dachu. Według legendy pewien chłopiec pracujący przy budowie kościoła został zepchnięty z wysokości przez zazdrosnego lub bezwzględnego mistrza budowlanego. Rzeźba miała upamiętniać jego tragiczną śmierć. Nie jest to jednak fakt historycznie potwierdzony, lecz jedna z opowieści, które przez lata narosły wokół świątyni.

Bardzo ciekawym miejscem jest Brama Katarzyny. Wzniesiono ją w 1559 roku i jest jedyną zachowaną średniowieczną bramą miejską Braszowa. Jej cztery narożne wieżyczki mają znaczenie symboliczne. W średniowiecznej Europie takie wieżyczki oznaczały prawo miasta do wykonywania wyroków śmierci. Braszów posiadał więc nie tylko własne mury i administrację, ale także szeroką autonomię sądowniczą.


Z Bramą Katarzyny wiąże się również mniej chwalebna karta historii miasta. Przez stulecia mieszkańcy rumuńskiej dzielnicy Șchei mieli ograniczony dostęp do miasta otoczonego murami. W czasach dominacji saskiej Rumuni nie mogli swobodnie osiedlać się wewnątrz murów ani posiadać tam nieruchomości, dlatego rozwijali własną dzielnicę poza fortyfikacjami. Przez Bramę Katarzyny przechodzili do miasta, a według przekazów musieli za to płacić specjalną opłatę.

Właśnie Șchei jest bardzo ważną częścią historii Braszowa. Znajduje się tam cerkiew św. Mikołaja i pierwsza szkoła rumuńska. W miejscowej tradycji edukacyjnej ogromne znaczenie miało drukarstwo. W muzeum można zobaczyć między innymi dawne księgi i prasę drukarską, a z Braszowem związany jest jeden z najważniejszych zabytków języka rumuńskiego – list Neacșu z Câmpulungu z 1521 roku, uważany za najstarszy zachowany dokument napisany po rumuńsku alfabetem łacińskim.

Jednym z najbardziej charakterystycznych miejsc jest Strada Sforii, czyli Ulica Sznurkowa. Jest tak wąska, że przejście nią przypomina przeciskanie się między ścianami. Jej szerokość w najwęższych miejscach wynosi około 1,1–1,3 metra. Pierwotnie nie była jednak atrakcją turystyczną, lecz praktycznym przejściem dla strażaków. Dziś jest jednym z najbardziej fotografowanych zakątków Braszowa. Niestety uliczka ta akurat jest remontowana i niedostępna.


Tampa i legendy Brașova

Nad miastem wznosi się Tâmpa, zalesiona góra o wysokości około 960 metrów. To właśnie na jej zboczu znajduje się wielki napis BRAȘOV, który z daleka przypomina słynny znak HOLLYWOOD. Historia tego napisu jest jednak ciekawsza, niż mogłoby się wydawać. W 1950 roku komunistyczne władze zmieniły nazwę miasta na Orașul Stalin – Miasto Stalin. Na Tâmpie utworzono wówczas ogromny napis „STALIN”, widoczny z miasta. Po upadku komunizmu pojawił się napis BRAȘOV. Obecne litery stały się jednym z symboli miasta i można je oglądać zarówno z centrum, jak i z okolicznych wzgórz.

Tâmpa ma również własne legendy. Jedna z nich mówi o smoku, który miał żyć w jaskini na zboczu góry i porywać dzieci miejscowych możnych. Według opowieści pewien rzeźnik wymyślił sposób na zabicie potwora: napełnił skórę cielęcia wapnem i pozostawił ją przed wejściem do jaskini. Smok połknął „cielę”, a następnie wypił wodę. Wapno miało zacząć działać, powodując rozerwanie jego brzucha. To oczywiście legenda, ale dobrze wpisuje się w niezwykły krajobraz góry, która z oddali rzeczywiście może przypominać śpiącego smoka.

Z Tâmpą związana jest także opowieść o podziemnym jeziorze i tunelach. Według lokalnych podań pod górą miały znajdować się ogromne podziemne przestrzenie wypełnione wodą, a nawet tunele łączące Tâmpę z miastem. Nie ma dowodów potwierdzających istnienie takiego ogromnego jeziora czy tajemniczej sieci tuneli, ale opowieści te przez lata stały się częścią miejskiego folkloru.

Jeszcze bardziej niezwykła jest legenda o królu Salomonie. Według jednej z miejscowych opowieści władca uciekał przed prześladowcami, zabierając ze sobą ogromne skarby. Schronił się w górach w okolicach dzisiejszego Braszowa, a miejsce to miało później otrzymać nazwę Pietrele lui Solomon – Skały Salomona. Inna wersja mówi, że Salomon miał rzucić koronę z wysokości, a ślady jego ucieczki przetrwały w miejscowych nazwach i legendach. 

piątek, 4 września 2026

Fortyfikacje Zamościa – twierdza, która nigdy nie została zdobyta szturmem

Fortyfikacje Zamościa – twierdza, która nigdy nie została zdobyta szturmem

Fortyfikacje Zamościa należą do najwybitniejszych osiągnięć nowożytnej sztuki fortyfikacyjnej w Europie. Gdy Jan Zamoyski zakładał miasto w 1580 roku, od początku planował je nie tylko jako reprezentacyjną rezydencję i ośrodek handlowy, ale również jako potężną twierdzę. Projekt systemu obronnego opracował włoski architekt Bernardo Morando, wykorzystując najnowocześniejsze rozwiązania tzw. szkoły nowowłoskiej. W kolejnych latach fortyfikacje udoskonalali wybitni inżynierowie wojskowi, m.in. Andrea dell'Aqua i Jan Michał Link.


Pierwsze wały ziemne zaczęto usypywać już w latach 80. XVI wieku. Następnie zastępowano je potężnymi murami ceglano-kamiennymi. Ostatecznie w 1618 roku Zamość otaczał system siedmiu bastionów połączonych kurtynami, szerokimi fosami oraz trzema głównymi bramami: Lubelską, Lwowską i Szczebrzeską. Dodatkową ochronę zapewniały naturalne rozlewiska rzek Łabuńki i Topornicy, które utrudniały dostęp od południa i zachodu.

Twierdza bardzo szybko zyskała opinię jednej z najnowocześniejszych i najlepiej ufortyfikowanych w Rzeczypospolitej. Jej największym atutem był bastionowy system obrony. Każdy bastion osłaniał sąsiedni, dzięki czemu atakujący znajdowali się pod ogniem z kilku stron jednocześnie. Takie rozwiązanie praktycznie eliminowało tzw. martwe pola ostrzału.

Twierdza, której nie zdobyto szturmem

Historia zamojskich fortyfikacji to pasmo skutecznych obron. W 1648 roku pod mury miasta dotarły wojska Bohdana Chmielnickiego. Po blisko dwóch tygodniach oblężenia Kozacy odstąpili od twierdzy. Jeszcze większą sławę przyniosły fortyfikacjom wydarzenia z okresu potopu szwedzkiego. W 1656 roku armiaKarola X Gustawa nie zdołała zdobyć Zamościa, który – obok Jasnej Góry i Gdańska – należał do nielicznych miejsc skutecznie opierających się Szwedom.


Kolejną próbą była wojna z Rosją w 1813 roku. Twierdza przez dziewięć miesięcy wytrzymywała oblężenie wojsk rosyjskich. Z tego okresu pochodzi jedna z największych numizmatycznych ciekawostek – z powodu braku pieniędzy wybito specjalne monety oblężnicze: srebrne dwuzłotówki i brązowe sześciogroszówki, którymi wypłacano żołd żołnierzom.

Podczas powstania listopadowego Zamość był ostatnią twierdzą Królestwa Polskiego, która skapitulowała. Dopiero po wielu miesiącach oblężenia załoga zgodziła się na poddanie miasta.

Rozbudowa w XIX wieku

Rozwój artylerii sprawił, że na początku XIX wieku twierdzę gruntownie zmodernizowano. Powstały ogromne ceglane nadszańce, galerie strzeleckie, kazamaty i nowe umocnienia ziemne. Najbardziej imponującym elementem stał się Bastion VII z monumentalnym nadszańcem, który pełnił jednocześnie funkcję koszar i stanowiska artyleryjskiego. Zamiast tradycyjnego dachu przykryto go grubą warstwą ziemi, zdolną wytrzymać ostrzał artyleryjski.

Niestety rozwój dział gwintowanych sprawił, że niewielka twierdza przestała odpowiadać wymaganiom nowoczesnej wojny. W 1866 roku car Aleksander II nakazał likwidację twierdzy. Mury wysadzano w powietrze, bastiony rozbierano, a cegłę wykorzystywano jako materiał budowlany. Ocalały jedynie niektóre fragmenty fortyfikacji oraz nadszańce.

Co można zobaczyć dzisiaj?

Najcenniejszym zachowanym fragmentem jest Twierdza Zamość, gdzie zrekonstruowano Bastion VII wraz z fragmentem kurtyny i fosy. Można tu spacerować po wałach obronnych, oglądać ustawione działa oraz zejść do podziemnych galerii.

Największą atrakcją jest Podziemna Trasa Turystyczna prowadząca przez kazamaty, galerie strzeleckie oraz wnętrze nadszańca. Liczy około pół kilometra długości i pozwala zobaczyć miejsca, do których dawniej dostęp mieli wyłącznie żołnierze. Zwiedzający przechodzą wąskimi korytarzami, mijają stanowiska artyleryjskie i poznają ewolucję fortyfikacji od XVII do XIX wieku.

W dawnym arsenale działa dziś Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał Oddział Muzeum Zamojskiego. Wystawy prezentują historię twierdzy, rozwój uzbrojenia od XVI wieku aż po XX stulecie, broń białą, palną, armaty, mundury oraz wyposażenie żołnierzy. Sam budynek arsenału powstał około 1630 roku jako magazyn broni dla zamojskiej załogi.

Na Bastionie VI można natomiast zobaczyć odsłonięte podczas prac archeologicznych fragmenty XVII-wiecznych murów i tzw. słoniczoła – wyjątkowego elementu dawnych umocnień, który przez stulecia pozostawał ukryty pod ziemią.

Ciekawostki o fortyfikacjach

Jedną z największych dum Zamościa jest przekonanie, że twierdzy nigdy nie zdobyto bezpośrednim szturmem. Kolejne armie zmuszały jej obrońców do kapitulacji wyłącznie po długotrwałych oblężeniach lub z powodów politycznych.

Cały system murów miał około 2,4 kilometra długości, choć chronił stosunkowo niewielkie miasto o powierzchni zaledwie 24 hektarów. Dzięki temu obrona mogła szybko przerzucać siły pomiędzy bastionami.

Nadszaniec Bastionu VII to niezwykły przykład wojskowej architektury XIX wieku. W czasie pokoju służył jako koszary, lecz podczas oblężenia zamieniał się w potężną baterię artyleryjską. Działa ustawiano zarówno wewnątrz budowli, jak i na ziemnym stropie.

Legendy i opowieści

Według jednej z najbardziej znanych legend pod całym Starym Miastem istnieje rozległa sieć korytarzy łączących bastiony z pałacem Zamoyskich, arsenałem i kamienicami kupieckimi. W rzeczywistości część takich przejść rzeczywiście istnieje – są to wojskowe galerie i kazamaty – jednak legenda przypisuje im znacznie większy zasięg, niż potwierdzają badania archeologiczne.

Inna miejscowa opowieść mówi o duchach dawnych strażników, którzy podczas nocnych wart mieli pojawiać się na wałach twierdzy. Według przekazów ich sylwetki można było dostrzec szczególnie podczas mglistych poranków nad fosami. To typowa legenda związana z dawnymi twierdzami, która dodaje miejscu tajemniczej atmosfery, choć nie ma historycznego potwierdzenia.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Cerkiew Świętego Ducha w Wilnie, Litwa

Cerkiew Świętego Ducha w Wilnie, Litwa

Cerkiew Świętego Ducha w Wilnie jest jednym z najważniejszych miejsc prawosławia na Litwie, ale jej wygląd może zaskoczyć. Z zewnątrz przypomina raczej barokowy kościół katolicki niż prawosławną cerkiew. Ma plan krzyża łacińskiego, szeroką nawę, transept i wysoką kopułę, a jej architektura była silnie związana z charakterystycznym dla Wilna barokiem. Co ciekawe, świątynia przez całą swoją historię pozostawała prawosławna i nigdy nie została przejęta przez unitów.

Cerkiew Świętego Ducha - historia

Historia cerkwi zaczęła się w 1597 roku, kiedy w tym miejscu wzniesiono drewnianą świątynię ufundowaną przez Teodorę i Annę Wołowicz. Kilkadziesiąt lat później, w 1634 roku, zastąpiła ją murowana cerkiew. Budowla była jednak wielokrotnie niszczona przez pożary. Szczególnie dotkliwe były pożary z lat 1748–1749. Po nich świątynię odbudowano i przebudowano, a pracami kierował najwybitniejszy architekt wileńskiego późnego baroku – Jan Krzysztof Glaubitz.

Glaubitz pozostawił po sobie coś niezwykłego: wnętrze cerkwi wygląda niemal jak wnętrze XVIII-wiecznego kościoła katolickiego. Największe wrażenie robi ogromny, zielony ikonostas z lat 1753–1756, zaprojektowany właśnie przez Glaubitza. Zamiast typowej, stosunkowo płaskiej ściany ikonowej mamy tutaj rozbudowaną, wielokolumnową konstrukcję z licznymi ornamentami, przypominającą barokową nastawę ołtarzową. To jeden z najlepszych przykładów przenikania się tradycji prawosławnej i architektury wileńskiego baroku.

Warto przyjrzeć się kolorystyce. Zieleń ikonostasu nie jest przypadkowa – w symbolice chrześcijańskiej wiąże się między innymi z życiem, nadzieją i odrodzeniem. Na tle zieleni szczególnie mocno wyróżniają się złocenia i ikony. W świątyni znajduje się także kilkanaście XIX-wiecznych obrazów autorstwa Iwana Trutniewa, jednego z ważniejszych malarzy związanych z Wilnem.

Antoni, Jan i Eustachy

Najbardziej niezwykła historia kryje się jednak pod ziemią.

Pod cerkwią znajduje się krypta związana z kultem trzech prawosławnych męczenników wileńskich: Antoniego, Jana i Eustachego. Według tradycji byli oni XIV-wiecznymi dworzanami wielkiego księcia litewskiego Olgierda, którzy przyjęli chrześcijaństwo w obrządku wschodnim. Za odmowę wyrzeczenia się wiary mieli zostać poddani torturom i straceni w 1347 roku.

I właśnie z nimi związana jest najbardziej przejmująca legenda cerkwi.

Według tradycji Antoni, Jan i Eustachy byli ludźmi z otoczenia księcia Olgierda. Kiedy odmówili uczestniczenia w pogańskich obrzędach, rozpoczęły się prześladowania. Antoniusz miał zostać stracony jako pierwszy, następnie Jan, a później Eustachy. Szczególnie okrutna miała być śmierć tego ostatniego. Według opowieści poddano go torturom ostatecznie także został powieszony.

Warto jednak zaznaczyć, że część szczegółów tej opowieści pochodzi z tradycji hagiograficznej, a nie ze współczesnych źródeł historycznych. Sama historia męczenników jest głęboko zakorzeniona w prawosławnej tradycji Wilna.

Z relikwiami związana jest kolejna niezwykła historia. Przez pewien czas były one ukrywane w podziemiach, prawdopodobnie w obawie przed grabieżą podczas działań wojennych. Według przekazów w 1814 roku szczątki odnaleziono. W połowie XIX wieku pod ikonostasem urządzono specjalną podziemną kaplicę, nazywaną „cerkwią jaskiniową”. Wyświęcono ją w 1851 roku.

Dzisiaj relikwie trzech męczenników znajdują się w głównej przestrzeni cerkwi, przed ikonostasem. Ich szczątki są wystawione w ozdobnym relikwiarzu. Według prawosławnej tradycji zachowanie ciał świętych, określane jako brak rozkładu lub ich mumifikacja, jest znakiem szczególnej świętości. To właśnie relikwie są jednym z głównych powodów, dla których do cerkwi przybywają pielgrzymi.

Z cerkwią związana jest też historia Józefa Siemaszki, pierwszego prawosławnego metropolity litewskiego. Jego grób znajduje się w podziemiach świątyni. Postać ta jest bardzo kontrowersyjna w historii Wilna i Litwy, ponieważ Siemaszko odegrał znaczącą rolę w likwidacji Kościoła unickiego na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Cerkiew Świętego Ducha - wystrój

Ciekawostką jest również fakt, że cerkiew znajduje się w zespole klasztornym. Monaster Świętego Ducha przez stulecia był ważnym ośrodkiem życia religijnego, ale także kultury, nauki i oświaty. Przy monasterze działały szkoła i drukarnia. Wileńskie środowisko prawosławne odegrało zresztą znaczącą rolę w rozwoju piśmiennictwa cerkiewnosłowiańskiego.

Jest też ciekawy epizod związany z XIX wiekiem. W 1873 roku, w okresie nasilonej rusyfikacji, cerkiew przebudowano. Usunięto część wcześniejszych barokowych dekoracji fasady, między innymi falisty szczyt i woluty, a budowla otrzymała bardziej klasycystyczny wygląd. To właśnie dlatego dzisiejsza fasada jest znacznie bardziej surowa niż XVIII-wieczne wnętrze.

Ta różnica między zewnętrzem a wnętrzem jest chyba największą ciekawostką architektoniczną cerkwi. Na zewnątrz – klasycyzująca, dość surowa bryła. W środku – eksplozja baroku, złota, zieleni, ikon i dekoracji. Jest to efekt późniejszych przebudów, które częściowo zatarły pierwotny wygląd świątyni.

piątek, 28 sierpnia 2026

Salina Turda, Rumunia

Salina Turda, niezwykła kopalnia Rumunii

Salina Turda to kopalnia soli w rumuńskiej Transylwanii. Po zejściu zaledwie na głębokość ok. 42 m pod ziemię przed oczami ukazuje się  pod naszymi stopami ogromne wyrobisko "Rudolf", ale to dopiero początek atrakcji. Spod "sufitu" wyrobiska trzeba zejść 13 poziomów w dół po około 170 schodach, by docenić ogrom kopalni. 


Historia kopalni

Sól wydobywano w okolicach Turdy prawdopodobnie już w czasach rzymskich, kiedy dzisiejsza Turda nosiła nazwę Potaissa. Tutaj stacjonował rzymski legion V Macedonica, a Potaissa była jednym z ważniejszych ośrodków rzymskiej Dacji. Trzeba jednak zachować ostrożność: sama Salina Turda podkreśla, że choć rzymska eksploatacja soli jest prawdopodobna, nie zachowały się jednoznaczne dowody, potwierdzające jej prowadzenie dokładnie w miejscu dzisiejszej kopalni. Za początki udokumentowanego górnictwa soli przyjmuje się raczej XI–XIII wiek. 

Pierwsza jednoznaczna wzmianka o kopalni soli w Turdzie pochodzi z 1271 roku. W dokumencie wydanym przez kancelarię węgierską pojawia się „ocna de sare de la Turda”, czyli kopalnia soli w Turdzie. Sól była w średniowieczu surowcem niezwykle cennym – można ją było sprzedawać, wymieniać, a nawet wykorzystywać jako formę wynagrodzenia. Kontrola nad kopalniami oznaczała więc kontrolę nad bardzo dochodowym źródłem bogactwa.

Jednym z najbardziej imponujących miejsc Saliny jest wyrobisko Rudolf, określane w rumuńskich materiałach jako Mina Rudolf. To ogromna komora powstała w wyniku eksploatacji soli. Ma około 42 metrów głębokości, 50 metrów szerokości i 80 metrów długości. Co szczególnie ciekawe, Rudolf był ostatnim miejscem w Turdzie, w którym prowadzono wydobycie soli. Do jego wnętrza prowadzą 172 stopnie, a na kolejnych poziomach zaznaczono na ścianach lata, w których prowadzono eksploatację.

Nazwa Rudolf pochodzi od imienia arcyksięcia Rudolfa, następcy tronu Austro-Węgier, syna cesarza Franciszka Józefa I. Współczesny turysta może mieć jednak wrażenie, że znajduje się w gigantycznej podziemnej sali widowiskowej, a nie w dawnym miejscu ciężkiej pracy górników.


Warto przy tym rozróżnić dwa elementy, które łatwo ze sobą pomylić. Rudolf jest ogromnym wyrobiskiem, natomiast obok znajduje się szyb wydobywczy, którym sól wydobywana z tego wyrobiska transportowano pionowo na wyższy poziom, do Galerii Franz Josef. Szyb ma około 87 metrów głębokości i łączy poziom Rudolf z galerią transportową. Zachowały się przy nim dawne elementy urządzeń wydobywczych, w tym drewniany kołowrót używany podczas drążenia szybu.


Właśnie przez ten system transportowano sól z głębi kopalni. W specjalnych naczyniach wydobywano ją na wyższy poziom, skąd trafiała do dalszego transportu. Nad szybem znajdowała się konstrukcja o wysokości około 10,5 metra, w której umieszczono stalowe koła linowe. Co niezwykłe, elementy tego mechanizmu pochodzą jeszcze z XIX wieku.

Kolejnym niezwykłym miejscem jest wyrobisko Terezia. To najstarsza część górnicza obecnej Saliny Turda. Sól wydobywano tutaj w latach 1690–1880. Eksploatacja prowadzona w charakterystycznych komorach pozostawiła ogromną pustą przestrzeń – Terezia ma około 90 metrów wysokości i 75 metrów średnicy. Od poziomu wejścia do podstawy wyrobiska jest około 112 metrów.


Podziemne jezioro

Terezia kryje jedną z największych atrakcji Saliny – podziemne jezioro. Ma ono do około 6 metrów głębokości i zajmuje mniej więcej 80 procent powierzchni dna komory. Na jego środku znajduje się niewielka wyspa, która powstała z pozostałości soli zgromadzonych po zakończeniu eksploatacji w 1880 roku. Po jeziorze można pływać łodzią, co daje niezwykłe wrażenie: człowiek znajduje się ponad sto metrów pod powierzchnią ziemi, w ogromnej komorze wykutej w soli.

Salina Turda - miejsce rozrywki i rekreacji

Salina Turda ma swoją znacznie bardziej współczesną stronę. W ogromnej komorze urządzono podziemny park rozrywki. Można tu znaleźć kręgielnię, minigolfa, bilard, tenis stołowy, boisko, plac zabaw, kawiarnie, a nawet 20-metrowy diabelski młyn. 

Salina ma również bardziej dramatyczne karty w swojej historii. Po zakończeniu przemysłowej eksploatacji kopalni zaczęto wykorzystywać jej podziemia do innych celów. Podczas II wojny światowej służyły między innymi jako schronienie dla mieszkańców. W okresie powojennym część podziemi wykorzystywano także jako magazyn sera. Ten niezwykły sposób wykorzystania kopalni pokazuje, jak bardzo zmieniała się funkcja podziemnych przestrzeni na przestrzeni XX wieku.

W 1992 roku Salina Turda została ponownie udostępniona publiczności jako obiekt turystyczny. Późniejsza modernizacja nadała jej współczesny charakter, łącząc zachowane zabytki górnictwa z nowoczesnymi atrakcjami.


Podziemia Turdy mają również specyficzny mikroklimat. Temperatura przez cały rok utrzymuje się mniej więcej na poziomie 11–12°C, a wilgotność w poszczególnych częściach kompleksu wynosi około 73–82 procent. W powietrzu występują aerozole solne, a liczba mikroorganizmów jest bardzo niska. Z tego powodu Salina była i jest wykorzystywana również do celów związanych ze speleoterapią.

Legenda o olbrzymach 

Z Saliną Turda związane są także legendy o Dobrych Olbrzymach. Według miejscowych opowieści dawno temu w Transylwanii mieli żyć olbrzymi, którzy tworzyli własne społeczności i nie zawsze byli wrogo nastawieni do ludzi. Niektórzy mieli pomagać mieszkańcom, zapewniając im bezpieczeństwo i dostatek. Z legendami o olbrzymach związane są również formacje skalne w okolicach Turdy, w tym tak zwana Ściana Olbrzyma.

Podziemny świat Turdy doskonale pasuje do takich opowieści. Ogromne komory rzeczywiście wyglądają tak, jakby nie mogły zostać stworzone przez człowieka. Wysokie na kilkadziesiąt metrów ściany, podziemne jezioro, solne nacieki i labirynty dawnych wyrobisk mogą sprawiać wrażenie wnętrza gigantycznego, ukrytego pałacu.

Polecany post

Śladami Outlandera - to tu kręcono serial

 Śladami Outlandera - to tu kręcono serial Serial Outlander przyciągnął miliony widzów nie tylko historią Claire i Jamiego Fraserów, ale ta...